|
Nad Biebrzę chciałem pojechać już od dawna. Udało mi się to wreszcie
na wiosnę 2004 roku. Razem z Pawłem, Jackiem i Jasiem spędzilismy
tam trzy dni. Relacja z tej wyprawy poniżej.
Biebrznięci
Biebrza przywitała nas ciemnością. Droga z Łomży do Wizny była nieoświetlona,
wokół ani jednej wioski, z której padałby choćby blask obecności człowieka
na tym terenie. Później dowiedzieliśmy się o genezie tego stanu rzeczy
od naszej przewodniczki. Winni temu są Jaćwingowie, którzy przed
wielu laty Biebrzą pływali na swoje łupieżcze wyprawy. Poza tym teren
nie był dla ludzi zbyt przyjazny. Dookoła woda, bagna, turzyca, trawa
za którą nie przepadają zwierzęta hodowlane. Jedyną dobrą wiadomością
dla tych, którzy się tu osiedlali były duże ilości kamienia, który
zostawił tu lodowiec. Nie dziwią więc domy, obory, stodoły dla których
podstawowym budulcem był różnokolorowy kamień. Budynki takie świetnie
komponują się z terenem na którym są osadzone. Kontrastują z nimi
współczesne domy, postawione z cegieł i pustaków. Widać, że Biebrza
się zmienia...
Kamień i drewno
Dojeżdżając do Szostaków nagle kończy nam się asfalt i chwilowo oświetlenie.
Zaczyna się brukowana droga. W czasie naszej wyprawy spotkamy takich
jeszcze wiele. Mijamy cmentarz. Czy to na pewno tędy? - pojawiają
się wątpliwości i wcześniejsze obawy, czy w wynajętym domku będzie
chociaż prąd. Jednak nie zbłądziliśmy, docieramy we właściwe miejsce.
Jest już dosyć późno, mimo to wita nas nasza przewodniczka Kasia,
jak się później okazuje przyjaciółka naszego gospodarza Marka, oraz
sam gospodarz, który kończy rozpalać w kominku w domku, który będzie
naszym schronieniem przez najbliższe trzy dni. Za chwilę przenosimy
swoje rzeczy do kwatery i niektórzy rozwiewają swoje wcześniejsze
wątpliwości - jest prąd! Umawiamy się jeszcze z przewodniczką na 9
rano i zaczynamy oswajać się z nowym miejscem. Standard domku zaskakuje
większość z nas: telewizor, ciepła woda, przytulne pokoje, ręczniki,
w pełni wyposażona kuchnia - wszystko w otoczeniu drewna i kamienia.
Od początku czujemy się tu dobrze - wszystkie podstawowe wygody, ogarnięte
przez naturalne elementy: drewno i kamień. Do tego dochodzi jeszcze
niesamowity odgłos gęsi, które nocują w tym miejscu na Biebrzy. Jakby
przekrzykiwały się nawzajem, gdzie jutro będą żerować.
Ten domek to trochę symbol całej Biebrzy: surowej i naturalnej jak
kamień i drewno i jednocześnie otwierającej się na ludzi, o czym świadczy
podstawowe wyposażenie naszego domku w Mamuciej Dolinie.
Rano Biebrza ukazuje nam się po raz pierwszy. Widok z tarasu naszego
domku jest wymarzony: rozlewająca się rzeka, mnóstwo ptaków, obok
las sosnowy i rozjeżdżona droga, która o tej porze roku zanurza się
w nurcie wody. I znowu ten niesamowity odgłos gęsiego śpiewu, czy
będzie nam towarzyszył przez następne dni?
Punktualnie o 9 pojawiamy się przy samochodzie. Zostawiamy miejsce
dla przewodniczki z przodu, ale za chwilę pokaże swój profesjonalizm
po raz pierwszy. Oznajmiła nam, że to my mamy najwięcej widzieć i
poprosiła o zrobienie miejsca w środku. Jak się później okazało i
tak większość rzeczy zauważała pierwsza. No cóż, była u siebie, poza
tym 10 lat spędzone w tym miejscu przestawia człowieka zupełnie.
Organizując ten wyjazd, praktycznie nie szukaliśmy szczegółowych
informacji na temat tego terenu. Samo słowo Biebrza było przynajmniej
dla mnie na tyle magiczne, że każda informacja o faunie, florze czy
geografii terenu była zamazaniem tego co mogło nas tam spotkać. Oglądałem
jedynie zdjęcia w albumach o Biebrzy czy w Internecie, ale one tylko
pobudzały wyobraźnię i zastanawiały, jak to miejsce będzie wyglądać
w moich oczach.
Biebrza wita ptakami
Pierwszy dzień trwał chyba dużo dłużej niż przeciętne dni w naszym
życiu. Wszystko za sprawą tego co zobaczyliśmy, przeżyliśmy, dowiedzieliśmy
się. Ładunek Biebrzy był tak niesamowity, że pod koniec tego intensywnego
dnia nie byliśmy nawet głodni.
Wyjeżdżamy z Szostaków brukowaną drogą. Nagle pani Kasia zauważa
stado gęsi żerujących na polu. Próbujemy robić zdjęcia, kręcić swoje
pierwsze ujęcia kamerą, ale ptaki zaraz podrywają się do lotu. Dopiero
w powietrzu widzimy jak olbrzymie stado siedziało przed chwilą na
polu oziminy. Pierwsze miejsce jakie odwiedzamy to mekka ornitologów
- Brzostowo. Ptaki, które właśnie w tej wiosce gromadzą się podczas
przelotów w olbrzymiej ilości są gratką dla wszystkich wielbicieli
skrzydlatych stworzeń. Od raz jednak okazuje się, że nasz sprzęt i
czas jaki mamy do dyspozycji nie pozwolą nam na dobre sfotografowanie
ptaków. No cóż, dzisiejszy to dzień to tylko wstępne zapoznanie się
z Biebrzą. Jedziemy więc dalej. Za chwilę jesteśmy w wiosce, w której
pojawił się pierwszy bocian tej wiosny. Siedział skulony na kominie
jednego z domów z miną dosyć chłodną. Pomimo tego, że jutro zaczynała
się astronomiczna wiosna, tu nad Biebrzą w wielu miejscach był lód
i śnieg. Wiosna przychodzi tu ponoć później, choć tego dnia widzieliśmy,
że niektóre zwierzęta miały na ten temat inne zdanie.
Nasza przewodniczka w wielu miejscach malowała przed nami obraz
tych miejsc za dni kilka, kilkanaście, za porę roku. Jedne ptaki przylatują,
inne są już w drodze. Tu nad Biebrzą życie jest tak dynamiczne i zróżnicowane,
że nie da się w ciągu jednego wyjazdu zapoznać się z rzeką i jej otoczeniem.
Ilość i gatunki ptaków mogą zmienić się w sposób błyskawiczny. Sami
się o tym wkrótce przekonujemy. Jak pokaże ten dzień odkrywanie Biebrzy
wczesną wiosną daje chyba najwięcej radości i przyjemności.
Łoś po raz pierwszy
Pierwszego łosia zobaczyliśmy oczywiście w sosnowym lesie jadąc
dziurawą asfaltówką. Dziś piszę "oczywiście", gdyż już wiem, że zimą
i wczesną wiosną łoś zamieszkuje generalnie sosnowe lasy, których
igły są jego przysmakiem. Dopiero później przemieszcza się na bagienne
tereny. Pierwszemu łosiowi chyba nie spodobaliśmy się, gdyż szybko
uciekł do lasu. Kilkadziesiąt metrów dalej spotkaliśmy następnego,
ten też nie chciał nam pozować zbyt długo i ukrył się w lesie. Wynagrodziliśmy
to sobie trochę później.
W czasie drogi nasza dziennikarska ciekawość dała znać o sobie. Dzięki
niej dowiedzieliśmy się sporo o stosunkach jakie łączą okoliczną ludność
i przyrodę.
Ciężkie jest życie bobra
Jak się okazało, sporym problemem dla rolników są bobry, które instynktownie
wybierają na swoje żeremie stanowiska na styku, lub w miejscach bytowania
człowieka. Budują tamy, z których woda zalewa łąki z trudem utrzymywane
przez rolników w stanie nadającym się do skoszenia. Walczą oni bowiem
o każdą łąkę, która znajduje się w najbliższym otoczeniu ich domostw,
gdyż łąka to pożywienie dla zwierząt gospodarskich, a ich hodowla
to najkorzystniejszy kierunek produkcji rolnej w tych terenach. Tamy
i żeremia są więc w odwecie niszczone, ale bobry uparcie powracają
w te same miejsca nie przejmując się zbytnio tym, co robią rolnicy.
Doprowadza to czasami do bezpośredniej, często bardzo tragicznej dla
bobrów, konfrontacji.
Złodzieje z obcych stron
Kolejny problem to kłusownictwo. - To biedne rejony, tłumaczy Kasia,
nasza przewodniczka. - Dlatego rozumiem, jeśli ktoś np. łapie ryby
w Biebrzy, by je samemu spożytkować. Ale od pewnego czasu, gdy pojawił
się zakaz łowienia ryb dla mieszkańców biebrzańskiej doliny, problemem
nie są tubylcy, ale grupy z zewnątrz, które przyjeżdżają uzbrojone
w agregaty na prąd i sieją spustoszenie w rzece.
Nasz gospodarz Marek to potwierdza: - Pamiętam, jak za moich młodych
lat mieszkańcy dbali o rzekę, czyścili ją, nie łowili ryb w czasie
tarła. Sami pilnowali siebie nawzajem. Dziś już tego nie robią, bo
przecież nie będą dbać o coś z czego korzystają złodzieje przyjeżdżający
tu tylko po to, by obłowić się jak najmniejszym kosztem.
Biebrzańskie sianokosy
Ale są i pozytywy w stosunkach ludzie - przyroda. Jednym z nich są
sianokosy. Dyrekcji Parku Narodowego, przyrodnikom, zależy na tym,
żeby łąki na terenie biebrzańskich bagien były regularnie koszone.
Pozornie tylko wydaje się to sprzeczne z zasadami nie ingerowania
w naturę, ale ten przypadek jest przykładem czynnej ochrony przyrody.
Łąki te bowiem od dawnych lat były koszone przez okolicznych mieszkańców.
Dzięki temu bardzo wiele ciekawych i rzadkich gatunków ptaków pojawiało
się w tych miejscach, gdyż miały łatwy dostęp do pożywienia. Od jakiegoś
czasu wielu rolników przestało kosić swoje łąki. Stało się to coraz
mniej opłacalne, a pracochłonne, gdyż kosić trzeba było ręcznie -
kosą, brodząc w wodzie, w towarzystwie milionów owadów, niekonieczne
pozytywnie nastawionych do człowieka, często w skwarze słońca, przed
którym nie było gdzie się nawet schronić. Łąki zaczynały więc zarastać.
Pojawiały się na nich brzozy, co oznaczało, że łąka powoli zanikała,
a wraz z nią ptaki, dla których była idealnym miejscem bytowania.
Pojawiło się więc realne zagrożenie, że znad Biebrzy znikną niektóre
gatunki, od lat kojarzone się z tym miejscem, będące jego stałym elementem.
Wymyślono więc mistrzostwa Polski w koszeniu. Imprezę, która łączy
w sobie elementy sportowego współzawodnictwa, ochrony przyrody oraz
pracy na roli. Ciekawszej mozaiki trudno szukać w naszej szalonej
rzeczywistości. Od 5 lat przyjeżdżają nad Biebrzę wszyscy ci, którzy
potrafią i chcą popracować kosą oraz wystartować w tych jedynych w
swoim rodzaju zawodach. To m.in. dzięki temu nadal w wielu miejscach
na Biebrzy można zobaczyć wodniczkę, dubelta, bataliona czy bekasika.
Swoje żerowiska zachowały także ptaki drapieżne, dla których te bagienne
łąki to ważne miejsce zdobywania pokarmu.
I jeszcze jedna ważna rzecz której dowiedzieliśmy się na temat koszenia
łąk. Przyroda lubi umiar, więc mechanizacja, którą część rolników
próbuje pokonać trudne warunki, również dla Biebrzy nie jest dobra.
Zbyt częste koszenie łąk ciężkim sprzętem powoduje, że ginie część
piskląt, które nie są na tyle podrośnięte żeby mogły się poderwać
do lotu przed nadciągającym zagrożeniem. Tak więc koszenie jak najbardziej,
ale lepiej kosą.
Król Biebrzy z Warszawy
Jeżdżąc po nielicznych biebrzańskich wioskach coraz więcej widzi się
pustych chałup, opuszczonych gospodarstw. Spotkaliśmy nawet wioskę,
w której już nikt na stałe nie mieszkał. Zupełnym przeciwieństwem
takiej postawy jest Krzysztof nazywany tu Królem Biebrzy. To były
właściciel dobrze prosperującego antykwariatu w centrum Warszawy,
który sprzedał co miał i przeniósł się do biebrzańskiego lasu, gdzie
żyje wraz ze swoimi zwierzętami: gromadką psów, kotów, kur, kaczek,
dwoma końmi i krową. Zwierzęta te, to może nic nadzwyczajnego w porównaniu
z łosiami i bobrami, które chcieliśmy zobaczyć, ale warto się przy
nich na chwile zatrzymać. Kury kaczki, koty i psy jedzą z jednej miski,
krowa i konie biegają luzem, nie są używane do żadnych prac, ich wolność
ogranicza tylko barierka otaczająca pastwisko. Reagują tylko gdy woła
je gospodarz, lub gdy przychodzi pora posiłku. Ta gromadka spodobała
się zresztą nie tylko nam, ale również ekipie niemieckiej telewizji,
która kręciła materiał o życiu Biebrzy i jej mieszkańców.
Ale wróćmy do króla Biebrzy. Pana Krzysztofa odwiedzają także łosie,
które bez krępacji przychodzą na jego posesje na sosnowe gałązki.
Jego dom to prawdziwy skansen i antykwariat w którym czas zatrzymał
się na dobre. Dopiero niedawno na prośbę letników, którzy do niego
przyjeżdżają, podłączył światło w gościnnej chacie. Dotąd obywał się
bez niego. Ale nie ma nic za darmo. Obok domu stoją dwa "maluchy",
oba na chodzie jak podkreśla gospodarz, który wydaje się być szczęśliwy
mieszkając w takim otoczeniu. W czasie naszej wizyty starał się nam
przekazać atmosferę życia nad Biebrzą. Wydawało mi się, że chce, żebyśmy
jak najwięcej Biebrzy "zabrali" ze sobą w Polskę. Nie namawiał nas
do niczego, ale zaprezentował nam jak tu się żyje, opowiedział jak
się chodzi po zamarzniętej Biebrzy, kiedy jeszcze podgląda żurawie,
a kiedy już nie chodzi ich odwiedzać, bo zaczęły się lęgi. Dla ludzi,
których życie codzienne toczy się rytmem mocno regularnym jego żywot
jest czymś zupełnie oderwanym od rzeczywistości. Dlatego współpraca
z nim przy organizacji np. warsztatów dla dzieci i młodzieży jest
czasami kłopotliwa. On po prostu jest panem siebie i swojego czasu,
i chyba dobrze mu z tym. Na koniec prosi nas - Napiszcie coś o Biebrzy.
Spacerkiem przez bagna
Po tej wizycie dla odmiany wysiadamy z samochodu i wybieramy się
na kilkukilometrowy spacer szlakiem do wieży widokowej. Jeszcze w
lesie nasza przewodniczka znajduje tropy borsuka, który właśnie się
obudził ze snu zimowego. Obudził się równo z kalendarzową wiosną,
chociaż nie wierzymy, że w norze ma kalendarz. Kilka metrów dalej
kolejny wiosenny zwiastun - samiec żaby moczarowej, który w niedługim
czasie zacznie gody. Pani Kasia od razu poznała, że to samiec i nam
także zdradziła różnicę płci u tego gatunku. Przed nami pojawiają
się tropy łosia. Idziemy bowiem drogą przez bagna, wokół nas po obu
stronach turzycowiska. - Gdyby to była głęboka wiosna to zdjęlibyśmy
buty i poszlibyśmy na przełaj przez bagna. To niesamowite uczucie
kroczyć po tych kępach trawy, wody i błota po których na co dzień
chodzą tylko zwierzęta - rozmarza się nasz przewodniczka. Ale my idziemy
po mocno rozmokłej drodze z częstymi bajorkami stanowiącymi przeszkody
w marszu do wnętrza doliny Biebrzy. Tropy łosia się zmieniają - To
klempa z młodym - informuje nas przewodniczka. Za kilkanaście minut
prawda o łosiach wyjdzie na jaw.
Pokonując tę śródbagienną drogę mamy czas na rozmowę. Pytamy o otaczające
nas przyrodę. Okazuje się, standardowe wyobrażenie bagien ma niewiele
wspólnego z tymi, które widzieliśmy nad Biebrzą. Po tych człowiek
może bez większego zagrożenia dla życia przemieszczać się. Jednak
grunt to mocno niestabilny i zdarzają się skręcenia, zwichnięcia nóg.
Spacer po bagnach to jednak brzmi mocno wyzywająco i intrygująco,
i ponoć tak jest w rzeczywistości. Nam nie było dane tego sprawdzić.
Turzycowiska ciągną się wokół naszej drogi. Na pierwszy rzut oka
wydają się monotonne, ale tak nie jest, bo resztki lodu, śniegu czy
kałuże wody tworzą ciekawą mieszankę przedwiosennej Biebrzy. To chyba
jeden ze sztandarowych krajobrazów występujących w tych okolicach.
Sosny a'la łoś
Dochodzimy do sosnowego lasku. Od razu widać, że drzewa te to przysmak
łosi - poobgryzane i połamane gałązki, drzewa, które wyglądają jak
karły, gdyż żarłoczne zwierzęta nie dały im dorosnąć zjadając co roku
najsmaczniejsze czubki. To charakterystyczny widok dla miejsca żerowania
tych zwierząt. Co jeszcze da się zauważyć drzewka poobgryzane są zawsze
mniej więcej na tej samej wysokości. Jak informuje nam przewodniczka
łoś to nieco leniwe zwierze i nie lubi się zbyt często schylać. Obgryza
więc przede wszystkie te gałązki, które są na wysokości jego głowy.
Wchodzimy na wieżę widokową, żelazny punkt wszystkich wycieczek.
W szczycie sezonu ustawiają się pod nią kolejki. Dziś jesteśmy tylko
my. To co do tej pory było tylko w naszej wyobraźni, czyli widok na
dolinę Biebrzy z góry, jest teraz rzeczywistością. Czujemy się przez
chwilę jak ptaki, górując nad tym pozornym pustkowiem. Robimy parę
zdjęć, filmujemy ten wspaniały widok i mamy zamiar schodzić na dół.
Nagle słyszę jakiś plusk. - To pewnie dzik - domyśla się nasza przewodniczka.
Za chwilę z krzaków wyłania się łoś. Obserwujemy go przez lunetę,
lornetkę, bierzemy do ręki aparaty, kamerę. Okazuje się, że warto
było, bo oto na bagna wychodzą kolejne łosie. Trójka młodych z poprzednich
lat (wśród nich prawdopodobnie bliźniaki) i matka. Spłoszone, powolnym
i dostojnym krokiem wynoszą się na bagna. To one szły przed nami drogą.
Ostatni zatrzymuje się jeszcze na chwile, odwraca się w naszym kierunku,
by w końcu dołączyć do łosiowej gromadki. Robimy jeszcze zdjęcia i
schodzimy na dół. Droga powrotna trochę nam się dłuży, ale wreszcie
docieramy do samochodu, posilamy się i dalej w trasę.
Serce Bierzy
Dojeżdżamy do carskiego traktu - drogi wybudowanej jeszcze przez rosyjskich
zaborców, a prowadzącej do Twierdzy Osowiec. To przy tej drodze najczęściej
w czasie zimy i przedwiośnia można spotkać łosia. Sprawdzimy to o
świcie dwa dni później. Mijamy ciągnące się po horyzont turzycowe
łąki, słynne Czerwone Bagno, batalionową łąkę na której co roku swoje
zawody rozgrywają kosiarze. I znów powracamy do tematu bobrów, które
od jakiegoś czasu upodobały sobie życie wokół tej drogi. Przenoszą
się tutaj z... lenistwa. Wokół drogi rośnie bowiem dużo osiki, która
jest ich przysmakiem. Budują żeremia wokół drogi lub nawet pod nią,
dokopując się do wód gruntowych. Zdarza się, że drogę przecina świeżo
ścięte przez bobry drzewo stanowiąc zaporę dla samochodów. Na jednym
ze strumyków przecinających carską drogę, kilka metrów od niej widzimy
bobrowe żeremie. Bobry nie boją się drogi, przyjmują ją i jej okolice
za swój dom. Za kilkadziesiąt minut czeka nas spotkanie z nimi oko
w oko.
Zataczając koło, jakie stanowi trasa naszej wędrówki tego dnia docieramy
na wzgórze, wokół którego rozegrała się słynna bitwa o przeprawę na
Narwi w 1939 roku. Widok, rozciąga się z tego miejsca, przypomina
nam relacje telewizyjne z powodzi sprzed kilku lat. Ale dla ludzi,
którzy tu mieszkają woda docierająca do ich domostw to codzienność.
Bobrowe tańce na lodzie
Jedziemy nad Narew, kilkaset metrów od miejsca w którym łączy się
z Biebrzą. Przy brzegu rozlewiska rzeki są jeszcze resztki lodu. To
na nich lubią pojawiać się bobry. Mamy szczęście, dwie sztuki siedzą
na lodzie pogryzają gałązki. Ostrożnie wyciągamy lornetki, aparaty,
kamerę, bo każdy chce zobaczyć to ciekawe zwierze. Udaje nam się zrobić
zdjęcia, poobserwować przez lornetkę nie wychodząc z samochodu, jednak
obok nas szybko przemyka jakieś auto płosząc nasze bobry. Jedziemy
więc poszukać wydr, które w tych okolicach wydm mają swoje siedlisko.
Nie mamy jednak szczęścia i pozostaje nam tylko podziwianie rozlewiska
Narwi. Wracając znów natykamy się na bobry, w tym samym miejscu, jednak
nasza obserwacja szybko się kończy gdyż kierowca z naprzeciwka także
je dostrzegł i najzwyczajniej w świecie przepłoszył. Wiązanka niecenzuralnych
słów jaka popłynęła pod jego adresem nie nadaje się do cytowania.
Wracając do Szostaków zaglądamy jeszcze do grodziska, góry na której
prawdopodobnie kiedyś stała warownia, położona na przeciwko miejsca
połączenia się Biebrzy i Narwi. Trafiamy w to miejsce o zachodzie
słońca, dzięki czemu woda, drzewa, krzewy, nabierają specyficznych
barw. Krótka sesja fotograficzna i wracamy do samochodu. Nie dało
się nim dojechać bliżej, bo rozmokła droga na to nie pozwalała.
Przewodniczka informuje nas jeszcze o punkcie widokowym, który jest
żelaznym punktem jeśli chodzi o podziwianie i fotografowanie wschodów
słońca. Decydujemy jednak że zajrzymy tam następnego dnia, jest już
bowiem ciemnawo. Poza tym jednemu z kół samochodu biebrzańskie drogi
dały się mocno we znaki i czekała nas drobna naprawa. Ale czego się
można było spodziewać. Skoda, którą się poruszamy nie jest bynajmniej
autem terenowym, a i kierowca nie ma żadnych doświadczeń z jazdy w
ekstremalnych warunkach. Na szczęście z pomocą uczynnych sąsiadów
naszego gospodarza następnego dnia usterkę udaje się naprawić.
Kolejny świt przywitał nas deszczem, chłodem i mgłą. Odpuszczamy
więc wschód słońca. Z czasem jednak rozpogadza się. Przedpołudnie
spędzamy jednak nad Biebrzą blisko naszego domku. Niektórzy, zaopatrzeni
w gumowe buty próbują dotrzeć jak najbliżej głównego koryta Biebrzy.
Gra świateł na wodzie i przepływające chmury inspirują nas do mini
plenerku. Potwierdzają się też słowa o dynamizmie nadbiebrzańskiej
przyrody. Ptaki, które jeszcze poprzedniego dnia tak licznie tu odpoczywały
przeniosły się gdzieś dalej.
Pogoda robi się coraz ładniejsza, decydujemy się więc na wyjazd w
teren. Tym razem więcej uwagi możemy poświęcić miejscom, które poprzedniego
dnia ledwo udało nam się zobaczyć. Na polu, gdzie widzieliśmy gęsi
dziś swoje godowe tańce odbywała para żurawi. Piękne to ptaki. Podchodzimy
do nich jak najbliżej, ale na otwartej przestrzeni nasze szanse są
niewielkie. Udaje nam się zrobić kilkanaście zdjęć, nagrać kawałek
żurawich tańców na taśmę wideo zanim ptaki nie odleciały przestraszone
naszą bliską obecnością. Dziś nie goni już nas czas, a to dla obserwatorów
Biebrzy bardzo ważne.
Dłuższy chwilę spędzamy w Brzostowie. Gdy wjeżdżamy w głąb tej ptasiej
wsi, okazuje się, że woda to żywioł, który panuje tu niepodzielnie.
Przydomowe pastwiska przypominają raczej stawy, a łąki nasiąknięte
są wodą jak gąbka. Próbujemy dojść do wieży widokowej, do której droga
suchą nogą prowadzi przez czyjeś podwórko. Przy domu leży pies, nie
wiemy czy jest uwiązany czy nie. Ryzykujemy. Nagle zwierze podrywa
się i z głośnym szczekaniem biegnie do nas. Do obrony przed psem posłużył
nam statyw do aparatu, który i w tej roli spisał się bardzo dobrze.
Jak widać nieznajomi nie kręcą się chyba po tej wsi skoro pies swobodnie
chodzi po swoim podwórku. Po chwili wyszedł gospodarz i po krótkiej
rozmowie wpuścił nas na łąkę, przez którą dotarliśmy do celu. Jednak
i stamtąd widok gromady ptaków nie był zbyt dobry. Wracamy więc na
nasz szlak. Wjeżdżamy na punkt widokowy w Burzynie. Rzeczywiście,
wschód słońca byłby pięknym widokiem. Może kiedy indziej... Chcemy
"zapolować" jeszcze na wydry i bobry.
Niestety nie mamy tyle szczęścia co poprzedniego dnia. Tym razem
nie ma z nami pani Kasi, a dzikie zwierzęta chyba lubią jak podglądaczy
przyrody oprowadza miejscowy przewodnik. Na pewno duże znaczenie ma
brak lodu, którego resztki dziś rano stopniały, a na który wychodziły
bobry mając z niego bezpieczne miejsce do żerowania i obserwacji.
Na wydry też nie mieliśmy większych szans, gdyż przed nami na wydmy,
gdzie można spotkać te zwierzęta, przyjechała jakaś rodzinka z rozbrykanymi
dziećmi, które skutecznie je wypłoszyły. Mogliśmy tylko przymierzyć
się obiektywami na klucze przemieszczających się stad ptaków, które
co chwilę cięły niebo. Wydawało się, że lecą nieprzerwanie, jedna
grupa za drugą. Ale taki to już czas. Czas powrotów. I nas to czekało
następnego dnia. Ale rano mieliśmy jeszcze pojechać na łosie.
Żegnaj łosiu
Wstaliśmy chwilę po piątej. W perspektywie mieliśmy spotkanie z łosiami,
w miejscu, gdzie najczęściej bywają o tej porze roku i dnia - na carskim
trakcie. Poranek wczesną wiosną nad Biebrzą ma bardzo specyficzny
klimat. Pomieszanie budzącego się życia i resztki śniegu czy lodu.
Delikatna mgła i wstające gdzieś w niej słońce nad szerokimi bagnami.
Świeża wilgoć po nocnym deszczu budzi do życia...
Ale my już z nosami przy szybach wypatrujemy łosia w sosnowym lesie.
Musieliśmy przejechać długi kawałek żeby zobaczyć pierwszego. Był
daleko od nas, ale to nasz pierwszy tego dnia. Gdyby był ostatni,
to jego obecność zaliczyłaby naszą wyprawę jako względnie udaną, ale
nie był. Kilkaset metrów dalej zobaczyliśmy... stado saren. Pięknie
wyglądało, ale tylko przez chwilę, bo warkot samochodu szybko je spłoszył.
Za kilka minut jednak spostrzegliśmy dwa łosie stojące w miarę blisko
drogi. Jak to łosie, stały i przyglądały się nam. Właśnie, można się
było zastanowić, kto tu kogo chciał sobie dokładnie obejrzeć. Trudno
było zrobić im zdjęcie, bo las ciemny, a ręce drżą z zimna i wrażeń.
Kilkanaście metrów dalej, po drugiej stronie drogi, stał następny.
On najdłużej nam towarzyszył. Stał i patrzył się nam prosto w oczy.
Jednak po pewnym czasie znudziło mu się i poszedł sobie w las. Do
zobaczenia łosiu...
Dojechaliśmy jeszcze do polanki, która była ulubionym miejscem tych
roślinożerców. Skąd wiadomo? Po krótko "ostrzyżonych" sosnach, do
czego przyczyniły się łosie. W drodze powrotnej z ostatniej wyprawy
spotykamy parę żurawi. To teraz charakterystyczny widok dla Biebrzy.
Ptaki połączyły się w pary i zaczęły okres godowy. Po prostu wiosna...
Po drodze fotografujemy jeszcze pięknie oświetlone olsy, którym ciężko
rozstać się z zimą. To ostatnie widoki, które pokazują jaka jest Biebrza
- niby wiosna, obudziło się życie, a jeszcze gdzieniegdzie śnieg i
lód.
Po obiedzie wyjeżdżamy do domu. Pełni wrażeń i obrazów jakie zabieramy
znad Biebrzy. Odpoczęliśmy tutaj, choć pewnie podróż nas znuży. Ale
to wszystko co zobaczyliśmy sprawi, że pewnie tu jeszcze wrócimy...
Jak mówią miejscowi, kto był tu chociaż raz, wyjeżdża stąd "biebrznięty",
kto tu wraca częściej, na pewno jest już "zabiebrzony".
[str. główna]
|