"Pełnia" reż. Andrzej Kondratiuk, 1979 r. Wojtek, architekt z Warszawy, odbiera zaległy urlop. Ucieka z miasta do maleńkiej wsi Łacha nad
zalewem zegrzyńskim. Tu spokojnie żyje wśród prostych, zwykłych ludzi z którymi
- co dziwi jego najbliższych - bez trudu znajduje wspólny język.
Pomaga im w wielu sprawach - sklepowej w przygotowaniu do matury,
gospodarzowi w napisaniu pisma do gminy.
Oni pomagają mu za to odpocząć, poczuć w sobie wewnętrzną siłę,
zapomnieć o szarzyźnie codziennego miejskiego życia.
Jest niby z innego wielkomiejskiego świata -
ale potrafi żyć z tymi ludźmi bo właśnie u nich,
w tej zapadłej wiosce, znalazł to, czego mu brakowało w mieście.
Prości, szczerzy ludzie, żyjący z rytmem przyrody, która już zaczęła swój bój z
betonem, niedzielnymi turystami i rabunkową gospodarką rybacką.
Przyroda jest tu jednocześnie elementem scenografii i jednym z wątków filmu,
splatającego losy bohaterów filmu.
Najważniejszą dla mnie sceną - esencją tego filmu - jest rozmowa Wojtka i Janka: (posłuchaj) lub obejrzyj (plik ok. 4 MB)
Chciałbym, codziennie rano wstając mógł też powiedzieć, że wszelkie kalkulacje i rachunki
mam dupie, i żyję tak jak chcę.
Wojtek w końcu wraca do Warszawy. Upomina się o niego miejski świat. Jednak wraca tam
zupełnie inny, z naładowanymi akumulatorami, silniejszy, przygotowany na codziennne życie.
Wraca odmienniony...
[str. główna]
|